Tissot Sideral S Powermatic 80
- Autor: Edmund Exley
- /
- Dodano: 10.08.2026
- /
Gdy w 2013 roku zarejestrowałem się na Forum KMZiZ, podziwiałem głównie zegarki innych użytkowników. Do tych, które przykuwały moją uwagę najmocniej, należał Tissot Sideral S. W swej bogatej kolekcji modeli vintage miał go wówczas znany forumowicz @primabaleron. Pamiętam, jak wpatrywałem się w pomysłowe zdjęcie jego egzemplarza leżącego na plastrach suszonych pomarańczy i słuchałem sobie utworu Aegian Sea grupy Aphrodite’s Child.
Dlaczego Sideral tak bardzo mi się spodobał? Pewnie dlatego, że ogromnie polubiłem wtedy markę Tissot. Nosiłem wówczas świeżo kupiony model Visodate, z zainteresowaniem patrzyłem też na inne nowsze i starsze propozycje producenta z Le Locle.
Moje słowo nr 1: nostalgia
Przede wszystkim jednak Sideral był dla mnie kwintesencją wzorniczego stylu wczesnych lat 70.: pozbawionego umiaru, szalonego i kolorowego, a przy tym w jakiś dziwny sposób zaskakująco funkcjonalnego. Tamta dekada wciąż jawi mi się zresztą jako niezwykle interesująca epoka w obszarze moich największych pasji: piłki nożnej, kina, muzyki i motoryzacji, a specyficzne wzornictwo w nieszablonowy sposób tworzyło jej wizualną charakterystykę. Takie zegarki jak Enicar Sherpa, Longines Ultra-Chron Diver bądź liczne modele Heuera świetnie korespondowały z awangardowymi liniami Citroëna SM czy De Tomaso Pantery, stylem Raquel Welch albo Debbie Harry, okładkami Storma Thorgersona projektowanymi dla Pink Floyd, czcionką z plakatu mistrzostw świata Mexico’70…
Tissot tuż przed kwarcową rewolucją wzbogacał swoją ofertę o kolejne udane modele. Do niektórych spośród nich z sukcesem powracał zresztą później w ramach linii Heritage. Zainaugurowana w 1969 roku seria Sideral przyniosła innowacyjny materiał wykonania koperty, którą produkowano z włókna szklanego. Sideral S, ten którego miał @primabaleron, pojawił się na rynku dwa lata później. Można pokusić się o stwierdzenie, że była to wówczas jedna z najbardziej ekstrawaganckich pozycji w katalogu firmy z Le Locle.
Wciąż na Forum można znaleźć moje posty sprzed lat, w których piszę, że kiedyś też będę chciał mieć Siderala. I mam, ale jego współczesną reedycję. Gdy Tissot wprowadzał ją w 2023 roku na rynek, wywołał duże zainteresowanie. Pojawiło się sporo recenzji pisanych przez branżowe redakcje, ale i przez portale specjalizujące się w tzw. stylu życia – nowy Sideral jawił się w nich jako atrakcyjny przedmiot łączący styl vintage ze współczesną modą. Recenzje dość szczegółowo opisały najistotniejsze parametry nowego Siderala – gdy więc i ja będę to robił w niniejszym tekście, to postaram się odnieść je do realnego, codziennego użytkowania zegarka.
Falstart
Z trzech wariantów okręgów na tarczy – najbardziej stonowanego szarego, żółtego i niebieskiego – wybrałem ten ostatni. To mój ulubiony kolor, w różnych odcieniach obecny na koszulkach większości najbliższych mi drużyn piłkarskich.
Po wyjęciu zegarka z opakowania (nieciekawego, co współcześnie jest niestety normą u Tissota) zaskoczyło mnie, że jest nieco cięższy niż się spodziewałem. Zanim jednak przejdę do bardziej szczegółowych opisów charakterystyki i wrażeń z noszenia zegarka, muszę napisać o tym, co przez pierwsze dni zmąciło moją radość. Szybko zauważyłem bowiem nieakceptowalną niedokładność mechanizmu. Po wielu latach noszenia bardzo precyzyjnego Longinesa Conquest Heritage i ponad roku z Tissot Heritage 1938 COSC, był to swego rodzaju szok. Szybko zrozumiałem, że zegarek sam się „nie ułoży”, więc skontaktowałem się ze sprzedawcą, który zachował się bez zarzutu: potwierdził niedokładność chodu, a następnie w ramach gwarancji odesłał zegarek do serwisu. Wrócił do mnie jeszcze przed zapowiadanym terminem, należycie wyregulowany, z dołączonymi kilkoma gadżetami. Po falstarcie mogłem więc zacząć używać Tissota Siderala na dobre.
Test: lato we Włoszech
Gdybym był reżyserem i chciał umieścić Siderala w kadrze, to sfilmowałbym go na nadgarstku bohatera kierującego np. Alfą Romeo Montreal przy dźwiękach muzyki Giorgia Morodera. Reżyserem jednak nie jestem, ale włoski trop nie jest przypadkowy – po zakupie, a następnie po powrocie z serwisu Sideral towarzyszył mi najpierw kilkanaście razy w pracy, a później nieustannie przez półtora tygodnia wakacji w Turynie, Mediolanie i Bergamo, z krótkimi wizytami w Tirano i St. Moritz. To były już inne warunki niż praca przed komputerem. Temperatura rzadko kiedy spadała poniżej 30 stopni. Każdego dnia dużo chodziliśmy, często korzystaliśmy z tramwajów i metra, jeździliśmy pociągami i funikularami, w pełnym słońcu podziwialiśmy sportowe, przemysłowe, architektoniczne i kulturalne ślady włoskiej historii. I to był idealny test dla mojego najnowszego zegarka w kolekcji.

W upalne dni – zarówno nad Wisłą, jak i nad Padem – doceniłem odpowiednią lekkość zegarka. Wspomniałem, że na początku spodziewałem się, że będzie jeszcze lżejszy, ale podczas użytkowania waga wydaje mi się już idealna. Sideral jest lekki, a przy tym jednak przyjemnie wyczuwalny na nadgarstku. Stalowy rdzeń (widoczny po zdjęciu paska, a także pod bezelem) obudowuje koperta z kutego karbonu, który zastąpił obecne w pierwowzorze włókno szklane. Materiał w mojej wersji wzbogacony jest niebieskimi smugami, niepowtarzalnymi dla każdego egzemplarza. Cały czas zachowuje wyczuwalny, ale nieodrzucający chłód. Koperta odznacza się wysoką jakością wykonania.
Wodoszczelność 300M sprawia, że nie boimy się deszczu (testowałem w kraju) ani kąpieli w jeziorze Como (nie testowałem). Rozmiar koperty jest dość spory – to 41 mm średnicy, 46,5 mm wysokości (tzw. lug to lug) i ok. 14,5 mm grubości. Mój nadgarstek ma obwód ok. 17 cm. Dla mnie to zatem już naprawdę duży model, ale sądzę, że jeszcze akceptowalny, zwłaszcza jako sportowy zegarek na mniej formalne okazje.

We Włoszech wielokrotnie korzystałem z bezela (zaznaczałem sobie w ten sposób godziny odjazdów, wejść do muzeów itp.), którego praca jest przyzwoita, choć bez trudu dałoby sie znaleźć jeszcze lepiej obracające się pierścienie. Atutem jest tu – doskonale harmonizująca z tarczą – czytelność wskazań. Bezel pokryty jest czarną powłoką PVD (ciekawe, jak znosić będzie kolejne lata użytkowania?). To, co rzuca się w Sideralu od razu w oczy, to oczywiście umieszczona pod płaskim szafirowym szkiełkiem czarna tarcza: dobitny ślad wzorniczych źródeł modelu tkwiących we wczesnych latach 70. Jest płaska – wszystkie oznaczenia naniesione są za pomocą białej lub fluorescencyjnej farby, a charakterystycznymi elementami są niebieski okrąg ze skalą minut i godzin oraz znajdujące się pod nim między indeksami 12 a 2 dodatkowe zielone i czerwone pola. W zamyśle służyć miały one do pomiaru czasu startów podczas regat, choć nie jestem pewien, czy bez stopera Sideral jest w tym przypadku w stu procentach funkcjonalny. Kolorowe pola możemy zatem potraktować przede wszystkim jako kolejne sugestywne podkreślenie stylu epoki, z której zegarek się wywodzi. Mnie kojarzą się z podświetlanymi oznaczeniami na deskach rozdzielczych niektórych samochodów.
Przy całym swym „nadmiarze” tarcza, dość wiernie odwzorowująca pierwowzór, pozostaje jednak bardzo czytelna właściwie o każdej porze dnia. Dzieje się tak dlatego, że wyraźnie kontrastują z nią proste, białe wskazówki godzinowa i minutowa. Wystarczy rzut oka, by bezbłędnie odczytać aktualny czas. Zabarwiony na czerwono sekundnik ma zaś przeciwwagę w formie litery „T”, nawiązującej oczywiście do nazwy i logotypu producenta. Cały ten zbiór indeksów, oznaczeń i kolorowych płaszczyzn zyskuje dodatkowy urok, gdy zostanie mocno naświetlony sztucznym światłem, a jeszcze lepiej – promieniami słońca. Lato we Włoszech zapewniało go pod dostatkiem.
Innym elementem, który zwraca uwagę, jest silikonowy pasek z systemem szybkiej zmiany. W zależności od wariantu tarczy ma kolor niebieski, żółty lub czerwony, a dokupić można też wersje zieloną, pomarańczową i czarną. Pasek bezpośrednio reprodukuje estetykę lat 70., jest bardzo elastyczny i zapewnia przewiewność dzięki perforacji na całej długości obu części. Zapinany jest na dwa wciski, które – według wielu recenzentów – obsługuje się łatwo i które mają zapewniać bezpieczne przymocowanie zegarka do nadgarstka. Dwukrotnie użyłem tego paska i niestety nie przekonał mnie. Trudno było mi pozbyć się wrażenia, że zegarek zapięty jest jak opaska na festiwalu filmowym i przy gwałtowniejszym szarpnięciu lub zahaczeniu o coś po prostu się odczepi. Nie mogłem też dobrać ustawienia, które optymalnie pasowałoby do mojego nadgarstka. Wreszcie też – przy całej mojej fascynacji przeszłością i latami 70. intensywnie niebieski, szeroki pasek był dla mnie jednak zbyt krzykliwy.
Szybko więc zamówiłem sobie inny, czarny silikonowy pasek od Tissota (ref. T852.044.545), z solidną klasyczną klamrą, również wyposażony w system szybkiej zmiany. Nie rozszerza się za mocowaniem i przez to kształtem wyraźniej odcina się od koperty. Zawsze podobały mi się silikonowe paski Officine Panerai czy Breitlinga z widoczną z daleka nazwą firmy. W moim egzemplarzu napis „Tissot” jest dyskretniejszy, ale stanowi przyjemny dodatek. Czerń natomiast idealnie komponuje się z kolorem bezela, tarczy i nieregularnym zabarwieniem karbonowej koperty. Co najważniejsze jednak – zestaw taki zapewnił mi satysfakcjonujący komfort noszenia zegarka w temperaturach znacznie przekraczających 30 stopni.
W podróży, w pracy, właściwie gdziekolwiek ważna jest dla mnie dokładność mechanizmu. Po rozwiązaniu wspomnianych początkowych problemów Powermatic 80, który zyskał już tyle samo zwolenników co przeciwników, spisuje się rewelacyjnie. Noszony codziennie przez kilka, a zwykle kilkanaście godzin zegarek nie wymaga żadnej korekty czasu, imponując dokładnością na poziomie COSC. Data zmienia się tuż koło północy. Niezbyt efektowny wizualnie mechanizm wyeksponowany został pod transparentnym deklem. To ostatnio stała praktyka Tissota. Być może ciekawszy byłby pełny dekiel z wygrawerowanymi falującymi liniami, co oczywiście stanowiłoby kolejne nawiązanie do pierwowzoru. A zamiast dawnego napisu „Fiberglass” mogłaby się znaleźć na nim nazwa „Sideral S”, której obecnie na samym zegarku nigdzie nie ma.
Najważniejsze jednak, że z czystym sumieniem mogę stwierdzić, iż włoski test Tissot Sideral S Powermatic 80 zdał wyśmienicie.
Miejsce w kolekcji
Rytualnym elementem recenzji jest poinformowanie o cenie omawianego modelu. Katalogowo wynosi ona obecnie 5050,00 PLN, ale w licznych promocjach każdą z wersji kolorystycznych można kupić płacąc o ponad tysiąc złotych mniej. Za taką kwotę otrzymuje się zegarek wykonany częściowo z modnego, nowoczesnego materiału, z nurkową wodoszczelnością 300M, sygnowaną i zakręcaną koronką, szafirowym szkiełkiem, pracujący na mechanizmie z deklarowaną 80-godzinną rezerwą chodu, a przy tym niezwykle wyrazisty stylistycznie i trwale złączony z historią i tożsamości swojej marki. Dla kogoś, kto tak jak ja lubi firmę Tissot, to ważny atut.
W mojej kolekcji Sideral S Powermatic 80 tworzy świetnie uzupełniający się duet z dużo bardziej formalnym i uniwersalnym modelem Heritage 1938 COSC. Wnosi trochę pozytywnego szaleństwa. Stanowi dla mnie nieco sentymentalny powrót do zegarkowych i estetycznych fascynacji sprzed lat, a przy tym jest mocno osadzony we współczesności. I na pewno nie będzie dla mnie jedynie „zegarkiem na wakacje”.
- Doceń i poleć nas:
poprzedni
Moja klubowa przypinka. Podziękowanie!