Droga ku zatraceniu... czyli zegarki w moim życiu. Rzecz o dorastaniu zegarkowym.

  • Autor: Adam Zawadzki
  • /
  • Dodano: 23.11.2016
  • /
  • Kategoria: Recenzje i testy
  • /

Czasami w życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, że potrzebuje się wygadać...mnie tak naszło dzisiaj i liczę, że znajdę wśród Was zrozumienie. Chciałbym wyruszyć z Wami w podróż po moim zegarkowym życiu, niezwykle krótkim, ale myślę, że wartym poświęcenia mu chwili...Od razu zaznaczam, czasami się mocniej rozpisuję, słowa płyną prosto z serca i nie jestem w stanie ich powstrzymać...Ciężko mi także ucinać i skracać coś, co już zostało napisane...

Bardzo lubię zegarki...oglądać, gdyż na większość najzwyczajniej w świecie mnie nie stać. Trudno, takie czasy.

Przez wiele lat nosiłem kwarcowego Timexa z podświetleniem Indiglo - czad! Szałowo to wyglądało, zwłaszcza jak się podświetliło w ciemnym pomieszczeniu zamiast latarki... Tak tak, słusznie się domyślacie - w tamtych czasach nie było komórek. Zegarek prezentował się na nadgarstku mniej więcej tak.

Po paru latach (prawdopodobnie po 8 czy 10) natchniony przez brata, który kupił sobie Certinę DS Podium, ja również zapragnąłem nowego zegarka. Nie chciałem już tylko oglądać zza szyby, chciałem mieć!

Zaczęło się przeszukiwanie internetów w poszukiwaniu tego jednego jedynego, ale w zasięgu finansowym, gdyż jako człowiek młody fundusze miałem mocno ograniczone...jak się teraz okazuje  nie tylko fundusze, gdyż byłem zegarkowym głupkiem... Na pewno nie ignorantem, ale za dużo nie wiedziałem... Po głębszym zastanowieniu, analizie rentowności, wszystkich za i przeciw zdecydowałem, że mnie stać!

Kupiłem Fossila za około 620 złotych w jednej z wrocławskich galerii :) No dobra kupiłem w Pasażu Grunwaldzkim :) Byłem super zadowolony, podekscytowany a zegarek prezentował się efektownie na mym nadgarstku. Dodawał mi męskości, pewności siebie, wyglądał dobrze...generalnie był tym, czym męski zegarek być powinien...dużo cięższy i większy niż młodzieńczy Timex, lepiej wykonany, cóż...był połączeniem prestiżu i elegancji (pisałem już o tym, że byłem zegarkowym głupkiem?) Na pewno zakupu nie żałuję, zegarek dzielnie służył przez parę dobrych lat, dostał kilka razy młotkiem (metalowa bransoleta uratowała mi nadgarstek), kwarcowy mechanizm działał jak ta lala, a upływ lat nie spowodował specjalnego zniszczenia, co przy sposobie użytkowania nie było takie oczywiste...

Minęło kilka lat, jak już zauważyliście jestem raczej jednozegarkowcem...Wracając, minęło kilka lat i znowu naszło mnie na zmiany. Miałem trochę odłożonego grosza, ciągle lizałem wystawy sklepów w galeriach oglądając przez szybę setki zegarków, które uśmiechały się do mnie, pobłyskiwały i zachęcały...mówiły - weź mnie. Podczas któryś tam zakupów dostrzegłem na wystawie DOXĘ TROFEO...była to miłość od pierwszego wejrzenia...Niebanalny wygląd, ciekawa bransoleta no i marka, która w moich oczach była uosobieniem zegarkowego szczytu...Duży wpływ na to miał mój ojciec, który zawsze mówił, że DOXA to świetna zegarkowa firma...że babcia ma schowaną DOXĘ w tapczanie...że DOXA to DOXA, a złota DOXA to już w ogóle zegarkowe Himalaje...prawie jak Patek ;) żartuję, tego ostatniego nie mówił...

DOXA TROFEO cóż to za zegarek...och jaki cudowny, szkoda że żona nie widzi sensu w wydaniu ponad 1500 zł na zegarek. Minęło jednak parę lat od zakupu Fossila, a ja stałem się świadomym konsumentem. Gdzie można sprawdzić opinie o zegarku? Najlepiej na forum zegarkowym...tak właśnie trafiłem tutaj...na forum KMZiZ. Zarejestrowałem się, odczekałem karny tydzień codziennie wchodząc na forum i zgłębiając różne zegarkowe tematy...ooo, a więc automaty mają duszę, są bardziej niezależne, są dziełami sztuki, cudami mechaniki precyzyjnej...wow!...a kwarce są dokładne...ale podnieta:) Założyłem temat o wymarzonej DOXIE, pojechałem do galerii na przymiarkę, ale chemii już nie było...jak się okazało było to zauroczenie...zauroczenie, dzięki któremu stało się to, co się stało...

(źródło: zegarek.net)

Przeglądając setki stron, recenzji i sklepów z zegarkami w internecie w oko wpadła mi...a jakże, DOXA! Dokładnie model In To The Ocean... cena lekko zabójcza, w sklepie internetowym coś koło 3000 złotych...pachnie mi to rozwodem...a z drugiej strony jestem dorosły, zarabiam, mam swoją firmę...coś mi się od życia należy...Życie miało jednak inne plany i wymarzonej DOXY dać mi nie chciało...we wszystkich sklepach internetowych - brak, na Allegro - brak, na eBayu - brak, gdzie bym nie szukał...jednym słowem - brak. Załamany i zmartwiony, z drugiej strony jednak bardzo szczęśliwy, że nie wydałem takiej góry pieniędzy na zegarek...odpuściłem.

Ale nie, w żołądku ciągle miałem motyle, w nocy śniła mi się DOXA, a ulubiony Fossil jawił mi się jako zegarek zabawka...Ale jak kupić coś, czego nie ma? Zdesperowany zamieściłem ogłoszenie na forum...i tak to nic nie da, ale co mi szkodzi...aż parę dni później wiadomość PW: mam i chcę sprzedać! Odżyłem :) Cena była atrakcyjna, stan idealny...Wpłaciłem kasę i czekałem na przesyłkę (lekko podenerwowany, bo tu na forum zakupów żadnych nie robiłem, użytkowników nie znałem...zawsze jest ryzyko...) Na szczęście DOXA już po paru dniach była u mnie! Na moim nadgarstku zagościł przedmiot niebywałej jakości, świetnie wykonany, odpowiednio ciężki (lubię czuć zegarek). Banan nie schodził z mej twarzy przez parę dni...Żona, cóż za bardzo tego nie rozumiała, ale akceptowała (być może pomogło maleńkie kłamstewko odnośnie ceny DOXY?)

W każdym bądź razie byłem w siódmym niebie...Zegarka postanowiłem używać na co dzień, a zabawkowy Fossil trafił do szuflady...Dosia w codziennym użytkowaniu sprawdza się znakomicie, nie przeszkadza jej praca na świeżym powietrzu, ale biurkowym nurkowaniem w papierach też nie pogardzi...Była w polskich górach i pływała w Morzu Egejskim. Tak, jestem zadowolony!

To, że kupiłem wymarzony zegarek nie spowodowało zaprzestania czytania forum. A wręcz przeciwnie, chłonąłem kolejne tematy, dowiadywałem się coraz więcej na temat zegarków, firm, mechanizmów...Wyznaczyłem sobie nowe cele, zegarki, które w chwili obecnej są całkowicie po za moim zasięgiem...Są gwiazdami świecącymi na mym zegarkowym niebie...Nieosiągalne, ale tak piękne i błyszczące...

W międzyczasie pojawił się na forum kolega robiący giloszowane tarcze. Nawet nie wiedziałem co to jest, ale robione przez niego i wyglądające zjawiskowo...Padł pomysł zrobienia własnego zegarka...Wow! Nigdy czegoś takiego nie robiłem, byłem w piątce forumowiczów pracujących nad wspólnym projektem...Siedziałem po nocach, lekko zaniedbywałem pracę, starałem się rozwinąć projekt, kupiłem mechanizm Molnija 3602...Ludzie, ja jakieś pół roku temu nawet nie wiedziałem co to Molnija, ETA, Unitas...a teraz pracowałem nad zegarkiem. Niestety, kolega od giloszu się usunął, zniknął z forum i kontakt z nim się urwał...Mówi się trudno i żyje dalej...Sporo wyniosłem z tej pracy nad zegarkiem, dużo się dowiedziałem i poznałem paru ciekawych ludzi.

Żyłem sobie dalej, regularnie czytałem forum, oglądałem różne strony z zegarkami aż tu nagle...BUM! Seiko wypuszcza reedycję modelu 6309...ale zaraz zaraz, przecież ja nie lubię Seiko. Ta firma, tak lubiana tutaj na forum i szanowana wśród miłośników i znawców zegarków, jawiła mi się jako, no może nie szajs, ale coś takiego dostępnego na rynku, coś niskiej jakości i bez polotu...człowiek uczy się całe życie...Ale wracając do sedna, Seiko wypuszcza nowego żółwia, a jak wyglądał pierwszy żółwik? Zacząłem przeczesywać internet w poszukiwaniu informacji na temat modelu 6309...Po prostu mnie oczarował...początkowe myśli o zakupie reedycji poleciały gdzieś daleko...Chciałem, pragnąłem starego żółwia, jakkolwiek by to nie brzmiało...A więc zaczynamy poszukiwania, łatwo poszło, na ebayu pełno tego, ale...ale który jest oryginalny?(pamiętacie o mojej zegarkowe głupocie?), który sprzedawca jest uczciwy, który sprzedaje szroty? Tyle pytań a tak mało odpowiedzi...dałem sobie spokój. Aż tu nagle na bazarku wypływa żółw z 1984 roku, prawie oryginalny i w doskonałej kondycji, sprzedawcą jest jeden z kolegów od projektu zegarka, czyli raczej uczciwy, opisał wszystko co w żółwiu siedzi...a ja nie mam kasy bo remontuję silnik w moim Jeepie...fuckin shit, jakby to powiedział amerykański farmer! Piszę do kolegi: fajny, ale nie mam kasy, a On na to: spoko, odłożę dla ciebie, poczeka, jak będziesz gotowy zrealizujemy transakcję. Pełne zaufanie z obu stron. Dla mnie: SZOK! Trochę czasu minęło, myślę, że około 2 miesięcy, zdołałem odłożyć trochę grosza i Go mam!

Mój pierwszy kupiony w pełni świadomie zegarek. Zegarek, w którym się zakochałem, który ma obecnie 32 lata, na którego jeszcze rok temu bym nie spojrzał...Jest to zegarek, którego nie będę ciągał po terenie, ale nie pozwolę by leżał bezczynnie w szufladzie czy na półce. Ten żółw spowodował, że poczułem się prawdziwym miłośnikiem zegarków...choroba się zaczęła...a zapowiadało się tak niewinnie...